Przejdź do głównej zawartości

Posty

Pod wozem

Przed karczmą „Pod Trębaczem” strzeliły fajerwerki. W drzwiach stanął Wielki Koniuszy z prawie pustym kuflem w dłoni. - Zwycięstwo! – ryknął. Lekko zygzakując podbiegł do Kastora, który jeszcze dzień wcześniej był zwykłym kowalem. I gruchnął przed nim na kolana. - Niech żyje król!!! – ryknął jeszcze głośniej. – Króluj nam wiecznie, nasz Kastorze, nasz Odnowicielu! A ja będę twoim Polluksem!

Prawo litery

W karczmie „Pod Trębaczem” jak zwykle panował półmrok. I jak zwykle żaden z gości nie zwracał uwagi na to, co się dzieje przy innym stole. Dlatego czwórka dostojników siedząca w najciemniejszym zakątku sali mogła się czuć bezpiecznie. No, w miarę. Wielki Koniuszy zapukał w niezbyt dokładnie wytarty stół i potrząsnął kubkiem. I jeszcze raz. I jeszcze. - No rzucaj wreszcie — szturchnął go Naczelnik Hipodromu. - Pierwszeństwo powinna mieć dama — Koniuszy na wszelkie sposoby starał się odwlec nieuniknione. Duszesa, która udawała bardzo zajętą oglądaniem swojej srebrnej bransolety, spojrzała na niego łagodnie. Koniuszy skrzyżował palce pod stołem. - Dobrze. Ale nie tymi brudnymi kośćmi. Mam własne. Sięgnęła do sakiewki. Dwie bursztynowe kości potoczyły się po stole.

Zielony rynsztok

Wasyl Niezłomny kolejny raz rozprostował na stole uparcie zwijający się skrawek pergaminu. Przycisnął jeden koniec kielichem odebranym Wielkiemu Koniuszemu. Na drugim postawił swój kufel. Bez wahania - i tak był pusty. „Największe pieniądze robi się na wielkich, słomianych inwestycjach” - przeczytał głośno. Sapnął, a potem poczerwieniał. Siedzący najbliżej króla dostojnicy odsunęli się nieco. - Co to ma być?!?!? - ryknął Wasyl. - To nam powiedział ten bankier z cesarstwa, zanim wyzionął ducha - wyjąkał Dowódca Gwardii i osunął się na ziemię. W samą porę. Cynowy kufel, który przeleciał przez miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą była jego twarz, ważył co najmniej dwa funty.

Polityka prorodzinna

- Bunt?!?!?! - NiechNamNaWiekiKrólujeWasylNiezłomny - wymamrotał Naczelnik Hipodromu i skurczył się jeszcze bardziej. - Ależ skąd, Najjaśniejszy Panie! Ale my też mamy rodziny... Nasi synowie nie są oczywiście tak utalentowani jak Umiłowany Książę Igor, jednak nie powinni żyć jak hołota. Potrzebują źródeł stałych dochodów. Czyli odpowiednich stanowisk. Wasyl odstawił trzymaną nad głową ławę i znów usiadł na tronie. - Odpowiednich... Czyli tych z kategorii „lud płaci, król nie wymaga”? - Przenikliwość Waszej Wysokości słusznie jest nazywana legendarną. Nie chodzi wszak o to, aby nasi synowie harowali za marne grosze i jeszcze za coś odpowiadali. Wręcz przeciwnie. Ich pozycja powinna im zapewniać czas i środki na bezstresowe rozwijanie swoich zainteresowań...

Pora siewu

- Kiedy się zaczyna kampania elekcyjna? Siedzący nad miską grochówki książę Igor zakrztusił się kawałkiem podpłomyka.  Wasyl przez dłuższą chwilę patrzył na siniejącą twarz syna, po czym z rozmachem walnął go w kark. Na to też młodzieniec nie był przygotowany. - Miesiąc przed elekcją? - odpowiedział niepewnie, kiedy już wytarł twarz z resztek zupy. Król spojrzał na niego z ledwie skrywanym politowaniem. - To ta oficjalna, kiedy wolno konterfekty kandydatów na płotach wieszać. Pytam o tę prawdziwą. - Dwa miesiące? Politowanie zmieniło się w pogardę. - Zapamiętaj to sobie i oprócz tego zapisz: kampania elekcyjna zaczyna się po ogłoszeniu wyników elekcji. Następna kampania oczywiście - dodał widząc, że książę zaczyna mieć kłopot ze zrozumieniem kolejności.

Pan z okienka

- Chciałbym, żeby poddani postawili mi pomnik - oznajmił Wasyl. - Ale tak sami z siebie, z wdzięczności. Albo nawet dobrowolnie. Wielki Koniuszy zakrztusił się piernikiem. Próby wyrażenia niemego zdziwienia okazały się mało skuteczne. Duszesa skorzystała z okazji i pominęła zwyczajową kolejność wypowiedzi. - Dobrowolnie? - z wdziękiem uniosła brwi. - Najjaśniejszy Pan jest pewien? Bo z uzyskaniem wyrazu wdzięczności nie byłoby najmniejszego problemu, ale dobrowolność bywa już kłopotliwa. A może drobny przymus jest jednak dozwolony? Taki tyci-tyci? Wasyl Niezłomny zamyślił się na chwilę. Ściślej rzecz biorąc - postarał się, aby właśnie tak to wyglądało. W rzeczywistości chodziło o to, że w obecności Duszesy zawsze czuł się lekko speszony. Ale jako król nie mógł się przecież do tego przyznać. Pociągnął solidny łyk Miodu Kazimierza*. - Ani-ani - oznajmił zdecydowanie. - Ani przymusu, ani nawet perswazji. Jestem pewien, że coś wymyślicie. I to zaraz. Zanim Niebiescy zaczną zbierać na ...

Technika wyprzedzania

W sali tronowej rozległ się brzęk łańcucha, a potem łomot ciała uderzającego o deski. - Kara maść! Po trzykroć przeklinam tę hołotę! Książę Igor zdumiony patrzył na króla podnoszącego się z podłogi. Wasyl Niezłomny otrzepał rajtuzy i lekko szarpnął łańcuchem przypiętym do żelaznej obręczy, którą miał na lewej nodze. - Co się gapisz? - burknął do syna. - Przysuń ten stół i ławę, chyba widzisz, że ja nie sięgnę. Łańcuch jest za krótki. - Ale dlaczego... - Taki krótki? Pozory trzeba zachować. Nikt nie uwierzy, że jestem przykuty do tronu, jak będę mógł chodzić po całej komnacie. - Ja nie o tym, ojcze. Chciałem zapytać, dlaczego jesteś przykuty?

Widmo rewolucji

- O żesz k...! Wasyl Niezłomny od kilku dni budził się z takim okrzykiem. Na początku było tylko "Auć!", ale ból narastał codziennie. Nie mogło być inaczej. Na szczęście siniec na królewskim czole był widoczny tylko po zdjęciu korony. Władca Gryflandii miał swoje latami pielęgnowane nawyki. Jednym z nich było podrywanie się na równe nogi natychmiast po przebudzeniu. Ten odruch sprawdzał się świetnie w czasach, gdy królestwem rządził zupełnie kto inny, a Wasyl był kryjącym się w lesie banitą, który sypiał na kawałkach dykty. Nie przeszkadzał po przeprowadzce do królewskiego łoża z baldachimem. Ale gdy Wasyl zaczął spać pod łożkiem, stał się utrapieniem. W efekcie król każdy dzień zaczynał od uderzenia głową o deskę. Ale wracać na posłanie nie zamierzał. W Gryflandii wrzało i nie mógł już ufać nikomu. Nawet strażnikom królewskiego snu, pochodzącym z jego rodzinnych Rybołowów. Nie zamierzał ryzykować, że któryś ze stojących nocą u wezgłowia osiłków przypadkiem wypuści z rąk h...

Alfabeta

- Ten zafajdany alfabeta rozwali nam system! - Drugi Wojewoda nawet nie zauważył, że wyrwał sobie sporą kępkę włosów z i tak niezbyt bujnej brody. - Zbiornik na wodę sobie zamontował... - Chciałeś chyba powiedzieć: analfabeta - Wielki Koniuszy poklepał kolegę po ramieniu. - Spokojna twoja potargana. Przewidziałem to i wprowadziliśmy mechanizmy zabezpieczające. Drugi Wojewoda milczał. I tylko patrzył. Koniuszy poczuł się nieco mniej pewnie. - To znaczy Najjaśniejszy Pan przewidział i wprowadził - poprawił się. - Ja tylko te mechanizmy wymyśliłem. Wojewoda nadal patrzył na niego i milczał. - Stało się dokładnie tak jak zapowiadał Jego Wysokość - Wielki Koniuszy był już całkiem zbity z tropu. - Plebs płacący daninę od głowy zaczął ukrywać potomstwo i należało wprowadzić opłaty naliczane według liczby wiader wody pobranej z królewskiego akweduktu. Tu zaproponowałem drobną modyfikację: ryczałtowe dziesięć dukatów dla wszystkich i symboliczny grosik dla tych, którzy w ciągu miesiąc...

Nowa paleta

Strażlatarnik* zatrzymał się przed lampą stojącą przy tylnym wejściu do Zamku i zmrużył oczy. Dawała za dużo światła. Na pewno więcej, niż przewidywały królewskie normy. Pociągnął z manierki solidny łyk Tytanowej Białej, żeby się upewnić. Tak, latarnia świeciła zbyt mocno. Sięgnął do pokrętła regulacyjnego, aby trochę zmniejszyć płomień, i zamarł. W pobliżu zamkowej furty dostrzegł jakiś ruch. Z zarośli wychynęła postać z twarzą ukrytą pod kapturem i cichutko wśliznęła się do środka przez uchylone na chwilę drzwi. Spojrzał uważnie na manierkę i potrząsnął nią. Zachlupotało. - Co oni do tej okowity dodają? - mruknął do siebie. - Słyszałem, że od picia można oślepnąć, ale żeby kolory mylić? Zegar na zamkowej wieży wybił północ. Strażlatarnik zmniejszył płomień w lampie tak, że równie dobrze mógł ją zgasić, i ruszył dalej. Tytanowa Biała tym razem była jednak czysta. Płaszcz nocnego gościa naprawdę był pomarańczowy.

Wola ludu

Wasyl Niezłomny wyglądał, jakby miał za chwilę eksplodować. - Jak śmiesz mi mówić, że skarbiec jest pusty?!?! Że nie ma za co zrobić turnieju na rocznicę koronacji?! Stojący przed królem Główny Podskarbi gruchnął na kolana. - Kiedy to prawda, Najjaśniejszy Panie! Wielki Koniuszy, który wraz z innymi dostojnikami starał się utrzymywać bezpieczną odległość, uznał, że czas się odezwać. Nie po to oczywiście, żeby ratować Podskarbiego. Koniuszy nawet go nie lubił - ale na tle jego bezradności mógł wypaść podwójnie korzystnie. - Wasza Miłość, mieliśmy niespodziewane wydatki na konkurs piękności. Stąd pustki w skarbcu. Ale mam pomysł, jak temu zaradzić. Twarz Wasyla ze stanu czerwonego alarmu zeszła na poziom żółty.

Lustereczko

- No i musimy zorganizować te wybory miss. Duszesa chce mieć glejt. Prezydent rzucił na ławę lekko przerdzewiałe rękawice i zdjął szyszak. Z pióropusza sypnął się kurz. - Wybaczcie mi ten strój, jadę prosto z lekcji fechtunku. Trenowałem z Oszczędnym Rycerzem - wyjaśnił. - Karczmarzu, piwa! - Aaa, to dlatego jesteś taki zdyszany - Wielki Koniuszy uśmiechnął się ze zrozumieniem. - Ano. Ten łajza nogi ma dobre, musiałem go gonić ze trzy wiorsty. Ale dzięki temu mam nagrodę dla Najpiękniejszej Gryfinki. Prezydent wydobył zza pazuchy jakieś zawiniątko, odwinął szmatkę i położył na stole lusterko w ramce ozdobionej różową perłą. - To prawdziwa? - zainteresował się Wiceprezydent. - Chińska. Nieważne, nie o to chodzi. To magiczne lusterko. Trzeba wymówić zaklęcie i nacisnąć perłę. - Abrakadabra - powiedział Wiceprezydent. Z pewnym wahaniem wyciągnął palec i nacisnął. - To ty, Pani, jesteś najpiękniejsza na świecie - zaskrzeczało lusterko.

Miss na lata

Kiedy za ostatnim kronikarzem zamknęły się drzwi komnaty reprezentacyjnej, z twarzy Duszesy zniknął wyćwiczony uśmiech. - Mam tego dość - rzuciła. - Musimy poważnie porozmawiać. Ale nie tutaj. Prezydent zbladł, Wiceprezydent poluzował kołnierzyk. „Nie tutaj” oznaczało Komnatę Sekretów, specjalne pomieszczenie w Pałacu Unii, przeznaczone do rozmów, których treść nie mogła dotrzeć do niepowołanych uszu. Czasem jednak docierała, co dodatkowo podważało (i tak wątłe) wzajemne zaufanie koalicjantów. Duszesa była oczywiście poza podejrzeniem - w jej winę lud by nie uwierzył nawet gdyby stanęła na rynku i zaczęła głośno relacjonować przebieg tajnej rozmowy. W efekcie po każdej wizycie w Komnacie Sekretów obaj panowie musieli kombinować, jak zwalić na drugiego winę za przeciek. Tak na wszelki wypadek.

Superprewencja

Sala posiedzeń Rady Unii nie pękała w szwach. Można nawet powiedzieć, że było w niej raczej pustawo. Odkąd Drużyna Duszesy przestała stawiać się na zebraniach w pełnym składzie, wolnych miejsc było więcej niż zajętych. Usunięcie kilku ław tylko trochę poprawiło ten obraz. Prezydent dotychczas nie martwił się tym zbytnio. Teraz jednak miał do odtrąbienia sukces i  brakowało mu gwarantowanego aplauzu. Najbardziej tęsknił za widokiem wielkich oczu Amazonki Wojasi, wyrażających bezmyślny zachwyt po każdej wypowiedzi Duszesy lub któregoś z jej kolegów. - Moi państwo, powołany przeze mnie osiem miesięcy temu Zespół Bezpiecznych Traktów zinwentaryzował miejsca, w których dochodzi do potrąceń pospólstwa przez karoce - zaczął. - W ten sposób mamy je wszystkie policzone. - Wszystkie osiem? - życzliwie zainteresował się Wielki Łowczy. - Nie ma to jak praca zespołowa.

Gniew ludu

Był późny czwartkowy wieczór. Przewodniczący siedział właśnie przy skromnej kolacji. Kończył obgryzać czwarte żabie udko, gdy ktoś zapukał do drzwi jego dwunastoizbowej chatynki przytulonej do południowej ściany Zamku. „Ki diabeł?” - pomyślał. - „Kogo licho niesie o tej porze w środku tygodnia?” Otworzył drzwi i zamarł, po czym zrobił błyskawiczny rachunek sumienia. W progu stała Drużynowa. W ręce trzymała jakiś pergamin. - To nie to, co myślisz - uśmiechnęła się słodko i podała mu dokument. - To jest oświadczenie Drużyny w sprawie niegodnego zachowania radnej od Pomarańczowych. Ma być odczytane na najbliższym zgromadzeniu. - Ma być odczytane??? - żachnął się Przewodniczący. - Co to ma znaczyć? Czy to było z kimś konsultowane? Drużynowa już się nie uśmiechała. - Oczywiście. Tak jak zwykle. - I pewnie z tym samym Tajemniczym Konsultantem, którego tożsamości nie ujawnicie? - Tak. To Dobry Duch Akademii. Spotykam go zawsze przypadkiem po zbiórce Drużyny. Jego polecenia są bezcenne...

Kontrola totalna

- Też będę miał swój komiks! - wściekły Wasyl cisnął o ścianę czytaną przed chwilą gazetą. Efekt był mało widowiskowy. Pergamin nie doleciał do celu. Opadł na podłogę trzy kroki dalej, a na dodatek wylądował tak, że z obrazka na wierzchu do króla uśmiechała się lekko pucołowata twarz Wiceprezydenta. Wielki Koniuszy skulił się na stołku. Z porannych wezwań przed oblicze Wasyla Niezłomnego nigdy nic dobrego nie wynikało. W najlepszym razie kończyło się dodatkową robotą, oczywiście wykonywaną społecznie na ochotnika. - Wasza Wysokość jak zwykle ma rację - włożył w te słowa całe przekonanie, na jakie go było stać. - Może jednak warto ten pomysł rozważyć dokładniej? Stronnictwo Zielonych i tak kontroluje wszystkie komiksy wydawane w Gryflandii... - Ten też? - król wskazał na pergamin z wyszczerzonym w uśmiechu Wiceprezydentem. - No ten to nie - Koniuszy lekko się stropił. - Ale Najjaśniejszy Pan sam powiedział, żeby temu czopkowi ani dukata więcej nie dawać.

Uczciwe wybory

- Panowie, mamy ważne zadanie - kulturalnie zagaił Prezydent. Napotkał słodkie spojrzenie Duszesy i poprawił się natychmiast. - Panie i panowie, oczywiście. To nie było łatwe: pamiętać o dwóch rzeczach naraz. Prezydentowi łatwiej przychodziło unikanie stosowania w oficjalnych wypowiedziach wyrażeń powszechnie uznawanych za obelżywe. Pamiętanie o parytetach było trudniejsze, zwłaszcza że Zieloni nie przywykli do kobiet, które w Stronnictwie mają do powiedzenia więcej niż „podano do stołu”. - Musimy się zatroszczyć o to, żeby nasza Unia była znana nie tylko w Królestwie, ale i w obu Cesarstwach - kontynuował. - Nie możemy być miejscem, o którym nikt nie słyszał, a jeśli już, to zna nas z opowieści o tym, jak strzygi ludziom dzieci zamieniają. Nawet jeśli to prawda. - To przecież oczywiste, że o promocję trzeba dbać - słowa Duszesy zabrzmiały lekko karcąco. - W Akademii nigdy nie mieliśmy z tym problemów, przynajmniej dopóki nikt nas z wydatków nie rozliczał.

Niebieskosprawni

Wasyl Niezłomny dawno nie czuł się tak dobrze. Można powiedzieć, że był niemal w euforii. A nawet całkiem. Przeciągnął się w fotelu tronowym i pogrzebał w pamięci. Tak, ostatni raz był w podobnym nastroju, gdy psy pomagały opuścić Zamek byłemu Drugiemu Wojewodzie. I gdy przywódca sfory przyniósł mu w pysku fragment jego niebieskich portek. Zapowiadał się dobry dzień, dzień grania na nosie nielubianym osobnikom. A na obiad powinna być darmowa pomidorowa. Król klasnął w dłonie. Wielki Koniuszy poderwał się z taboretu i stanął na baczność. - Słucham posłusznie, Najjaśniejszy Panie. - Idę na spacer do dzielnicy Niebieskich. Przygotuj lektykę. Tę w wersji daninowej. - Ale przecież ta dzielnica jest bezpieczna, Niebiescy to nasi koalicjanci - zdziwił się siedzący jak zwykle przy stole książę Igor. - Nie nadużywaj wielkich słów, synu. To w najlepszym razie nasi niebieskosprawni pomocnicy. Wyjaśnię ci wszystko przy kolacji. Koniuszku, też zapraszam. Czuj się zaszczycony.

Chwyt monopolowy

Wasyl Niezłomny siódmy raz okrążał salę tronową. Wiedział, że ma coś ważnego do zrobienia, ale nie mógł sobie przypomnieć, o co chodziło. Ostatnio zdarzało mu się to coraz częściej. - Muszę w końcu zacząć zapisywać swoje złote pomysły - mruknął pod nosem. Zatrzymał się przy tronie i otworzył drzwiczki umieszczone po tylnej stronie siedziska. Wydobył pucharek i butelkę z górskiego kryształu. Już miał nalać, gdy w oko wpadł mu napis na etykiecie: „Cesarski Monopol Okowitowy”. Odstawił wszystko z powrotem do schowka i zamknął drzwiczki. - Strażnik! Wezwać mi tu Sekretarza! - zawołał. - Wróć! Nie Sekretarza, tylko Drugiego Wojewodę! Poprawił się, bo ogłupiała mina gwardzisty uświadomiła mu, że Sekretarza od elekcji już nie ma. Jednak tłumaczyć pomyłki nie zamierzał. Kto jak kto, ale król zawsze może zmienić zdanie.

Prawda interesu

- No no, wy w tej Unii macie całkiem niezłe pomysły - Wasyl Niezłomny klepnął się po udach z radości. - Ale zacznijmy od pilniejszej sprawy. Trzeba coś zrobić z tym leśnym komiksiarzem, co swoje wypociny w dostępnych dla wszystkich miejscach rozwiesza. Gwardziści nie nadążają ze zrywaniem ich przez nieznanych sprawców. - A drużyna Duszesy nie może tradycyjnie tego załatwić? - zainteresował się Wiceprezydent. Zebrania Kapituły Zielonych miały dosyć luźną formułę. Ale nie aż tak, aby mówić wszystko o wszystkim. Król spojrzał więc na siedzącą przy drugim końcu stołu Duszesę. Ta lekko skinęła głową. - Nie może - odpowiedział. - Drużyna Duszesy jest ostatnio w lekkiej rozsypce. Coś im się tam z rachunkami nie zgodziło. Pod ręką został tylko Oszczędny Rycerz, ale on też ma kłopoty. Przyoszczędził na oleju i zawiasy w przyłbicy mu się zatarły.

Koszty na prawo

- Jak tak dalej pójdzie, to się będą z nas śmiali w całym cesarstwie - perorował Wielki Koniuszy. - Pół roku od elekcji nie minęło, a my już dwóch rajców straciliśmy. Niedługo będą nas nazywać „Zielony Kołowrotek”! - Nie desperuj, Koniuszku - łagodnie zwróciła mu uwagę Duszesa. - Na wasze szczęście macie mnie. Wielki Koniuszy nie wyglądał na szczęśliwego. Pozostali też nie. Prezydent nerwowo bębnił palcami o blat, Przewodniczący siedział nieruchomo ze wzrokiem wbitym w dno cynowego kufla, a Pierwszy Wojewoda próbował zamieszać polewkę nożem. Nawet Wiceprezydent stracił gdzieś swój tradycyjny uśmiech. Zespół Wizerunkowy tym razem zebrał się w poszerzonym składzie w karczmie „Pod Trębaczem”. Chodziło bowiem o to, żeby Wasyl Niezłomny poznał tylko wyniki rozmów, a nie ich treść. Oczywiście sala została wcześniej dokładnie przeszukana. Członkowie Zespołu szczególnie uważnie wypatrywali nietoperzy. Paskudy były wprawdzie ślepe, ale każdy wiedział, że słuch mają doskonały. A poza tym z z...

Czas igrzysk

- Szlag mnie trafi! - Wasyl Niezłomny ze złością rzucił pucharem o ścianę. Aluminiowy* pocisk przeleciał tuż koło głowy księcia Igora, który schował ją w ramiona jeszcze głębiej. - A może zrobimy zrzutkę w stronnictwie? - zaproponował nieśmiało. - Nie powinno wyjść więcej niż 150 dukatów na głowę... - Synu, znajdź sobie jakiś duży kamień i zamień się z nim na rozum. Zrobisz dobry interes. Chóralny rechot wielmożów przypomniał królowi, że nie są w komnacie sami. - A wy co? Chcecie dać sakiewki za kolegę? Śmiechy umilkły natychmiast. Duszesa wyraźnie zbladła, Wielki Koniuszy poczerwieniał. Przewodniczący nie zmienił koloru, ale ręce zaczęły mu lekko drżeć.

Inna percepcja

Wasyl Niezłomny tym razem przydzielił sobie rolę widza. To bywało zabawne, zwłaszcza gdy problem dotyczył kogoś innego. A teraz tak właśnie było. Na dodatek kłopot mieli Zieloni z Unii i ich niebiescy koalicjanci - a Wasyl wciąż nie mógł się zdecydować, czy to są koledzy, czy rywale. Oczywiście jako widz miał pełne prawo zabierania głosu. I nie wymagało to uzyskania pozwolenia Przewodniczącego. Aż tak daleko król się w przyznawaniu przywilejów nie posuwał. - Ta sprawa nie będzie wyglądała dobrze - przemówił Wiceprezydent. - Nie dość, że skarga śmieszna, to jeszcze złożył ją krewny Duszesy. - To są wredne pomówienia - syknęła Duszesa. - Nie żaden krewny, tylko powinowaty. Poza tym każdy poddany ma prawo złożyć skargę. Szwagier też. - To prawda - zgodził się Przewodniczący. - A prawo musi być jednakowe dla wszystkich, przynajmniej oficjalnie. Dlatego Komisja Inkwizycyjna sprawę zbadała z pełną starannością i orzekła, że poprzednia Wiceprezydent jest winna. I taką ocenę przedstawię na...

Paragraf zero

- Jes, jes, jes - Wasyl nie wiedział, co to znaczy, ale wiedział, że pasuje do sytuacji. - Nareszcie mam pretekst, żeby wywalić z Zamku tego wielbiciela zrujnowanych szop. - A bez pretekstu nie mogłeś? - zainteresował się książę Igor. - No nie bardzo. Po pierwsze ten ork* wykonuje rozkazy Cesarza i zaznacza na mapach położenie różnych ruin. Po drugie, ważniejsze: jak go wywalę bez wyraźnego powodu, to inni słudzy nie będą wiedzieli, czego się po mnie spodziewać. I zaczną się podlizywać na wyścigi. A to jest straszne. Igorowi nie było trzeba tego tłumaczyć. Książę dobrze wiedział, o czym mowa. Widział to już pięć razy, po każdej wygranej przez Wasyla elekcji. Mniej więcej przez miesiąc zamkowi słudzy jeden przez drugiego starali się przekonać króla o swojej wierności i oddaniu. Pisali wiersze na jego cześć lub rysowali pochlebne portrety, które później przypadkiem gubili przy drzwiach do sali tronowej. Niektórzy potrafili na dachu swojej chałupy namalować „Niech żyje król!” albo powi...

Remanent

- To już postanowione - Wasyl popatrzył na zebranych. - Drugim Wojewodą mianowałem wieloletniego członka Stronnictwa Zielonych, który zasłużył się między innymi w kierowaniu Wyspą Rzemiosła. Oczywiście kiedy jeszcze istniała. Sala tronowa zmieniła się tego dnia w salę obrad. Słudzy wynieśli wielki stół, a zamiast niego ustawili kilka rzędów ław. Zajęli je Zieloni - według pozycji w stronnictwie. Za klęcznikiem zaadaptowanym na mównicę stał Wasyl Niezłomny. Pełnił jednocześnie rolę głównego mówcy i prowadzącego zebranie. - Ale przecież Wyspa Rzemiosła to była kompletna porażka! - odezwał się ktoś z tylnych rzędów. Król spojrzał w jego kierunku, ale nie zdołał wyłowić autora wypowiedzi. Postanowił odłożyć to na później. - Idea była słuszna - rzucił. - Kto mógł przewidzieć, że cesarz nie da złota na budowę mostu? A kierowanie Wyspą w takich warunkach wymagało nie lada umiejętności i wielkiego poświęcenia.

Lekcja dodawania

Wasyl Niezłomny stał na murach i patrzył. To było jedno z jego ulubionych zajęć. A przy tym też jedno z najważniejszych. Wszak mędrcy od lat powtarzali, że pańskie oko krowy tuczy. Dlatego Wasyl codziennie rano (co dla zegarowych purystów oznaczało „około południa”) omiatał królewskim wzrokiem wszystkie zielone obory. Skrzętnie omijał natomiast te ze ścianami pomalowanymi na pomarańczowo. Na niebieskie spoglądał dwa razy w tygodniu - i dodatkowo wtedy, gdy miał dobry humor. Dziś nie miał. Królewskie samopoczucie psuła podjęta nieopatrznie decyzja. A dokładniej - konieczność jej zrealizowania. - Muszę się w końcu nauczyć używania takich słów jak „być może”, „prawdopodobnie” czy „z pewnością” - mruknął do siebie. - Ludzie i tak ich nie zauważają, a w razie czego można się z obietnic wyłgać z honorem.

Czas nagrody

Wasyl Niezłomny dawno nie czuł się tak dobrze jak dzisiaj. Kolejny raz pokazał, że w Gryflandii tak naprawdę nikt nie może się z nim równać. Nawet gdyby przez chwilę wyglądało, że jest inaczej. - Król jest tylko jeden - mruknął do siebie. Siedzący naprzeciw książę Igor zakrztusił się maślanką. - Ojcze, ta trucizna, którą zamówiłem... - Cicho, ja nie o tym - przerwał mu Wasyl. - Ale skoro już zacząłeś, to czy naprawdę sądzisz, że któryś alchemik sprzeda ci coś i ja się o tym nie dowiem zanim zdołasz dotrzeć do zamkowej kuchni? Wyraz twarzy księcia świadczył o tym, że Igor miał taką nadzieję. I że ona właśnie prysła.

Fakt komiksowy

- Dlaczego o mnie nie piszą w ten sposób? - wściekły Wasyl rzucił na stół komiks z wizerunkiem Duszesy na pierwszej stronie. - Baba robi defenestracje w Akademii, a ci to pokazują tak, jakby rozdawała nagrody! - Ta defenestracja ma coś wspólnego z kastracją? - zainteresował się książę Igor. Wiedział, że na rozpoczęcie kolacji na razie nie ma co liczyć. - To twoje zastępcze wykształcenie mnie kiedyś wykończy - król trochę się uspokoił. Na znanym gruncie czuł się pewniej. - Nie, nie ma. Chodziło mi o to, że Duszesa każe ludzi przez okna wyrzucać. Słownik sobie kup i sprawdzaj słowa, których nie rozumiesz. Król wprawdzie sam nie był pewien, czy właściwie użył wyrażenia, które zostało mu w pamięci po jakiejś zagranicznej wyprawie, ale wiedział, że książę na pewno tego nie wie. A słownik wyrazów obcych miał w sypialni. - „Chciałabym, żebyśmy trzymali się faktów - tłumaczy Jaśnie Wielmożna Duszesa” - przeczytał Igor. - „Nikt nikogo przez okno nie wyrzuca. Sami skaczą.”

Trzecia strona medalu

- Słyszę ciszę - Wiceprezydent spojrzał z wyrzutem w sine twarze kolegów. - A mieliśmy ustalić, co robimy! W głównej kwaterze Niebieskich  nikt nie wyglądał dobrze. Nie z powodu zbiorowego zatrucia pokarmowego czy innej epidemii. I nie wskutek nadużywania gryflandzkiej okowity - chociaż byli i tacy, którzy właśnie w ten sposób okazywali swoją miłość do ojczyzny. Przyczyną był wystrój organizacyjny. W komnacie dominowały różne odcienie niebieskiego, od błękitu po ciemnogranatowy. Nawet pochodnie były osłonięte barwionym szkłem. Nieliczne czerwone i białe elementy nie były w stanie zmienić dominanty. W efekcie każdy z przebywających w pomieszczeniu wyglądał jak klient królewskiej kostnicy. - Trzeba było kogoś wystawić, teraz nie mielibyśmy problemu - odezwał się Dowódca Sekcji. - Od początku to mówiłem. A teraz królewscy kronikarze już rozpowiadają, że nie szanujemy elektorów z Rybołowów.

Jeden za jednego

- Najjaśniejszy Panie, pełen sukces! - Wielki Koniuszy wypiął pierś w oczekiwaniu na pochwałę. A ściślej rzecz biorąc, spróbował ją wypiąć, bo mimo jego wysiłków brzuch był nadal z przodu. Wasyl Niezłomny pytająco uniósł lewą brew. Wielmożów pragnących przekazać królowi dobre wieści pojawiało się w Zamku po kilku dziennie. Za to źródeł informacji o porażkach musiał zwykle szukać z pomocą strażników pałacowych. Samo w sobie zbytnio go to nie dziwiło, bo dworzanin przynoszący wiadomość o klęsce bywał uznany za jej ojca. Nie zdarzało się to często, najwyżej raz na dziesięć przypadków - ale i tak nikt nie chciał dobrowolnie ryzykować. W przypadku dobrych wieści króla irytował nadmiar. Zgadywanie, co tym razem zostało przez poddanych uznane za zwycięstwo polityki władcy, bywało męczące. Wielu możnych ostro przesadzało z wazeliną - trafił się nawet taki, który całkiem na serio zameldował, że dzięki staraniom Wasyla rano wzeszło słońce. Na jego szczęście król miał akurat przypływ wyjątkowej...

Efekt uboczny

W komnacie dowodzenia na ścianie wisiała wielka mapa grodu. Tkwiło w niej jedenaście gwoździ z zielonymi główkami. - Te punkty to nasi obserwatorzy - tłumaczył komendant straży zamkowej. - Nazywamy ich zerkaczami. Za mało na obserwację wszystkich ulic, ale na więcej nie mamy dukatów. Próbowaliśmy wykorzystywać do tego pachołków przyłapanych na podglądaniu dam dworu, ale to nie zdało egzaminu. Jedni okresowo ślepli, inni widzieli tylko występki Zielonych. Na dodatek znaleźli medyka, który im potwierdził, że stres może dawać takie objawy. Zagranicznego, więc nie dało się go przekonać tradycyjnymi metodami, żeby zmienił zdanie. A system jest potrzebny i powinniśmy go rozbudować. Bo mamy sukcesy. Zebrani w komnacie rajcy i wielmożowie ze zrozumieniem kiwali głowami. Ze szmeru aprobaty wybił się głos księcia Igora. - A jakie to sukcesy?

Pojasność mroczna

- No szlag mnie jasny trafi! - Wasyl nerwowo chodził wokół stołu w sali tronowej. - Piętnasty w tym tygodniu! I zawsze pod powóz kogoś z naszych! - Ośmielę się sprostować, Najjaśniejszy Panie - Wielki Koniuszy lubił być dokładny, nawet gdy było w tym pewne ryzyko. - Dwóch z tej piętnastki potrąciły karety Niebieskich. - Ale Pomarańczowych ani jedna!!! Wielki Koniuszy skulił się nieco. - Pomarańczowi od miesiąca chodzą pieszo - wyjaśnił. - Skończył im się obrok, a po kwity na uzupełnienie zapasów do Zamku nie wejdą, bo nie mają akredytacji. Na sianie ich konie do wiosny przeżyją, ale na galopady sobie pozwolić nie mogą.

Błysk aureoli

- Cud, Najjaśniejszy Panie! Cud! Wieśniak klęczący przed Wasylem Niezłomnym nie śmiał podnieść wzroku na swojego władcę. Król kazał strażnikom go przyprowadzić, gdy tylko usłyszał okrzyki dochodzące zza okna. I już tego żałował. „Następnym razem nie każę sprowadzić pierwszego lepszego, tylko pierwszego czystego” - pomyślał. Rzeczywiście, poddany nie pachniał różami. Było czuć, że w drodze do Zamku musiał w coś wdepnąć. I to nie raz. - Jaki cud? Znowu komuś okowitę na wodę zamienili? - Nie, Najjaśniejszy Panie! Cud najprawdziwszy! W Akademii! Cudowne ozdrowienia! - chłopina ledwo dyszał.

Dwa i dwa

- Musimy wyrzucić nową rektor Akademii - Prezydent z hukiem odstawił pusty kufel na stół. Najchętniej kazałby szynkarzowi przynieść baryłkę okowity, ale odkąd za jakość trunku odpowiadał książę Igor, wolał nie ryzykować. Skład Tytanowej Białej był zagadką nawet dla alchemików. Wieść gminna niosła, że trafiały się partie sprzedawane jako trutka na szczury. - To bez sensu - zaprotestował Wiceprezydent. - Po co ją wyrzucać, skoro i tak będzie trzeba jej zapłacić to, co w kontrakcie? Przecież drugi rektor też nie będzie za darmo. - Duszesa się uparła. Było wczesne przedpołudnie i główna sala karczmy „Pod Trębaczem” świeciła pustkami. Mogli rozmawiać swobodnie, dopóki brali poprawkę na wytrenowany słuch szynkarza. - Nie możesz jej przekonać? Przecież to my rządzimy. Będzie się mogła odegrać za wszystko. Nakaże nowej rektor ćwiczyć o świcie marszobiegi wokół Zamku w pełnym rynsztunku strażnika albo napisać sto tysięcy razy „Nie będę startowała w turnieju na rektora”...

Oko na okowitę

Wasyla Niezłomnego znów bolała głowa z powodu zbyt dużej ilości okowity. Tyle że tym razem wypitej przez kogoś innego. - To mówisz, że nowa chałupa dla Dowódcy Gwardii niczego nie załatwi? - król spojrzał na stojącego u podnóża tronu Pierwszego Wojewodę. - Nie załatwi, Najjaśniejszy Panie. Wojewoda wiedział, że „nie” w rozmowie z Wasylem jest jednym z najniebezpieczniejszych słów. Ale czasami nie miał zamiennika. A milczenie na pewno nie było złotem, gdy król kazał mówić. - Nie załatwi, bo wyniku badania okowitomierza nie da się skasować - kontynuował. - Chyba że razem z urządzeniem. Ale to, hm...

Rada szoł

- Panowie, nasz cel na tę kadencję jest jasny - Prezydent napotkał łagodny wzrok Duszesy i poczuł, jak stado mrówek tańczy mu kankana na plecach. -  Ekhm, to znaczy, oczywiście chciałem powiedzieć, Panie i Panowie. A nawet przede wszystkim Panie. Wiceprezydent i Przewodniczący patrzyli na niego wyczekująco. Formalnie rzecz biorąc Duszesa zajmowała najniższe stanowisko z całej czwórki. Łamanie hierarchii mogło zwiastować kłopoty dla któregoś z nich. A nawet dla obu. - Naszym celem jest całkowite wyeliminowanie Pomarańczowych w następnej elekcji - kontynuował Prezydent. - A do tego będzie nam potrzebna twoja drużyna, Miłościwa Pani. Napięcie wyraźnie opadło. - Trzeba komuś podpalić stodołę? - wyraziła uprzejme zainteresowanie Duszesa.

Naturalna szlachetność

- Przyjaciele, spisaliście się na medal - Wasyl patrzył na prężący się przed nim Zespół Portretowy. Wielki Koniuszy głośno wypuścił powietrze, a były już Kanclerz szeroko się uśmiechnął. Nawet Pierwszy Wojewoda jakby urósł i zaczął bardziej przypominać samego siebie. - Ten pomysł z Cesarskim Glejtem Familijnym był najwyższej próby. I ta zapowiedź, że jeszcze przed elekcją do cesarskich przywilejów dołożymy królewskie, że w skarbcu jest już na to odłożonych 150 tysięcy dukatów... - zachwycał się dalej. - A ta rodzina, której mogłem w asyście kronikarzy wręczyć pierwszy w królestwie Glejt... I te obrazki w komiksach, ja wśród ludzi, którzy są mi wdzięczni... Który z was to wszystko wymyślił i zorganizował? Członkowie Zespołu Portretowego jak na komendę zrobili krok do przodu. - Ja! - zawołali chórem.

Kolacja dwóch

Posiłki w gronie rodzinnym przy królewskim stole były dla Wasyla Niezłomnego czymś niezwykłym. Zwykle jadał sam. Wyglądało jednak na to, że będzie się musiał przyzwyczaić do towarzystwa. Nie chodziło o to, że książę Igor wrócił ze szkół. Ten fakt, nawet w połączeniu z dorosłością, nie dawał mu żadnych uprawnień. Rzecz jednak w tym, że lud wybrał go do Rady Koronnej. - Dostałeś dodatkowe punkty za pochodzenie, więc nie wyobrażaj sobie, że jesteś już wielkim politykiem - osadził syna Wasyl zaraz po ogłoszeniu wyników elekcji. - Koń Duszesy jest bardziej popularny niż ty. Na twoje szczęście nie wpisaliśmy go na listę. Wejście Igora do Rady wiązało się jednak dla Wasyla z pewnymi niedogodnościami. Przede wszystkim musiał go dopuścić do stołu. Gdyby tego nie zrobił, w królestwie szybko rozniosłaby się wieść, że królewicza nawet własny ojciec nie traktuje serio. A taka opinia godziłaby wprost w powagę majestatu.

Kwestia strategii

Akredytacja. To słowo uczepiło się króla Wasyla Niezłomnego i nie chciało puścić. A przecież miał do przemyślenia niezwykle ważną sprawę: strategię na najbliższe lata. Zwieńczeniem jej realizacji miał być oczywiście wybór na następną, szóstą z rzędu kadencję. Początek kolejnych czterech lat królowania był dobry. A nawet lepszy. Przede wszystkim Kanclerza udało się zrobić prezydentem Unii - i wystawić na ostrzał z sąsiednich królestw, których Unia nigdy nie rozpieszczała. Dzięki temu zamiast knuć za plecami Wasyla musiał uważać na własne. Król uśmiechnął się do swoich myśli. Wiedział, że dziurawe jak rzeszoto trakty na zachód i południe od Gryflandii tamtejsi wieśniacy będą już niedługo nazywali „Kanclerkami”. Nawet jeśli sami na to nie wpadną. W końcu nie po to dawał jeść wędrownym pieśniarzom, żeby śpiewali, co im ślina na język przyniesie.

Lodówka dla młodych

- Najjaśniejszy Panie, gryflandzcy kupcy uwielbiają Waszą Dostojność i wiedzą, że Wasyl Niezłomny zawsze się o nich troszczy - Naczelnik Hipodromu gniótł w rękach filcowy kapelusz. Wolał dżokejkę, ale na audiencji nakrycie głowy i tak trzeba było zdjąć. A filc doskonale wchłaniał pot. - Ale zaczynają przegrywać z nieuczciwą konkurencją. Gdyby Wasza Wysokość raczył coś z tym zrobić, na pewno byliby wymiernie wdzięczni... - Nieuczciwa konkurencja w moim królestwie? - zainteresował się Wasyl. - Przecież zawsze dbaliśmy o to, żeby wszystkich kupców i rzemieślników łupić jednakowo! - I to właśnie jest nieuczciwe.

Duszesa na wieży

Nic nie zapowiadało, że piętnasta miesięcznica wypędzenia Duszesy z Akademii przebiegnie inaczej niż zazwyczaj. Obchody tradycyjnie zaczął hymn odśpiewany przez chórek „Próchno Grób”*. Po nim Duszesa miała stanąć w drzwiach Akademii, pozdrowić zebranych i z wdziękiem zejść do nich po schodach – tak jak owego pamiętnego dnia, kiedy Czarownica zza Wody* zajęła jej miejsce. Pieśń się skończyła, jednak drzwi pozostały zamknięte. Przedłużającą się ciszę przerwał szczęk otwieranego okna. Dochodził z przybudówki w kształcie wieży, którą kazał dostawić pierwszy rektor Akademii. Psuła co prawda symetrię bryły budynku, ale można w niej było zakwaterować zasłużonego, potrzebnego szkole wykładowcę do czasu, aż zbudował własny dom. W otwartym oknie pojawiła się Duszesa. Już od kilkunastu lat to ona mieszkała w wieży. - Zamurowali mnie! - zawołała.

Trzy kolory

Wasyla bolała głowa. Do rozwiązywania dwóch problemów na raz nie był przyzwyczajony. Przeklinał dzień, w którym zgodził się na wpisanie Duszesy na listę Stronnictwa Zielonych w elekcji do rady unijnej. Gdyby nie to, miałby dziś o połowę zmartwień mniej. Drugi problem nazywał się „koalicja” i był efektem wyników elekcji. Okazało się bowiem, że lud wprawdzie kocha Duszesę, ale nie cały. I nawet nie tak bardzo, aby Stronnictwo Zielonych wzięło większość krzeseł w radzie. To zaś oznaczało, że dojdzie do tego, czego Wasyl Niezłomny nie znosił: władzą w Unii trzeba się będzie podzielić.

Skarbiec ludowy

Wielki Koniuszy siedział w poczekalni i kręcił młynka palcami. Po dwunastu latach piastowania różnych godności w pałacu cotygodniowa audiencja już go nie stresowała. No, najwyżej troszeczkę, tyle, co czekanie na przegląd zębów u znachora. Siedzenie w poczekalni było nieodłączną częścią audiencji. Wasyl Niezłomny szanował czas poddanych i zawsze wyznaczał termin posłuchania z dokładnością do jednej minuty. Obowiązywało tu jednak wskazanie królewskiego czasomierza. Tego, który lud ofiarował mu na pierwszą rocznicę pierwszej elekcji.

Prawda czwartego stopnia

Pałacowy zespół portretowy zebrał się w pełnym, trzyosobowym składzie.  Sprawa była najwyższej wagi. A do tego gardłowa. - Witajcie - zagaił Pierwszy Wojewoda. - Nie muszę chyba przypominać, że nasza rozmowa nie może wyjść poza mury tej sali? Kanclerzu, referuj. - Jak zapewne wiecie, okowita z naszej gorzelni nigdy nie była ceniona w sąsiednich królestwach - zaczął Główny Kanclerz. - Tutejsze źródła wypływają z pokładów siarki i to nadaje wodzie nieprzyjemny posmak, którego nie eliminują węglowe filtry i potrójna destylacja. - Do rzeczy - upomniał go Wielki Koniuszy. - Chyba nie jesteśmy na kursie bimbrownictwa? - Chodzi o księcia Igora. Wrogowie Najjaśniejszego Pana rozpuszczają pogłoski, że to przez niego okowita nie tylko paskudnie smakuje, ale ma też znacznie mniejszą moc.

Przydomek

Wasyl, król Gryflandii, wyciągnął się wygodnie w fotelu tronowym. „Jak dobrze, że kazałem stare audiencyjne krzesło wymienić na to skórzane cudo z wysuwanym podnóżkiem” - pomyślał. W gwarnym zwykle o tej porze zamku panowała błoga cisza - jak to w poniedziałek po roboczej niedzieli, która dla dworzan wypadała raz na cztery lata. Nie zawsze tak było, ten zwyczaj Wasyl wprowadził po pierwszej elekcji. Kosztowało to wprawdzie kilka ściętych głów, ale tylko za pierwszym razem. Jedną z ważnych cech dworzanina jest wszak dobrze rozwinięty instynkt samozachowawczy. Zdrowa większość natychmiast się zorientowała, że udział w elekcji jest wprawdzie dobrowolny, ale zaufani ludzie króla z łatwością mogą sprawdzić, kto wzgardził przywilejem wyrażenia poparcia dla umiłowanego władcy...